TVP.pl Informacje Sport Kultura Rozrywka VOD Serwisy tvp.pl Program telewizyjny

Człowiek z misją - rozmowa z Marcinem Przybylskim

fot. Artrama Data publikacji: 2019-10-15

Ma na koncie wiele sukcesów teatralnych i wokalnych. Właśnie dołączył do obsady „Na dobre i na złe”, w którym wciela się w doktora Antoniego Kosa. Jego bohater będzie walczył o względy Hanny Sikorki i doda serialowi pikanterii.

Twoje osiągnięcia zawodowe robią duże wrażenie. Od wielu lat jesteś aktorem Teatru Narodowego w Warszawie, wykładowcą w Akademii Teatralnej, reżyserem.
Kiedy jako nastolatek ze skrzypcami w rękach przypadkowo przestąpiłem progi szkoły teatralnej przy Miodowej, już nie chciałem stamtąd wychodzić. Teatr wypełnił moje istnienie i dzisiaj mogę z dumą powiedzieć, że stał się prawdziwą pasją. Drogę aktorską zacząłem w Teatrze Współczesnym w Warszawie, gdzie spotkałem, i wspominam to z wielką satysfakcją, Erwina Axera, wielkiego polskiego reżysera, który zaczynał jeszcze przed drugą wojną światową. Zagrałem u niego Beniamina w sztuce „Wielkanoc” Augusta Strindberga. Potem okazało się, że to był ostatni spektakl Axera. Zaczerpnąć od takiego człowieka, jego niezwykłej wiedzy, kultury i osobowości twórczej, to wielka sprawa. Miałem ogromne szczęście, jeszcze za czasów studiów, być pod opieką świetnych profesorów: Jana Englerta, Mai Komorowskiej, Anny Seniuk, Mariusza Benoit, z którymi od ćwierćwiecza współpracuję w różnych formach. Z pewnością mnie ukształtowali i wyposażyli twórczo na następne lata.

Dlaczego, biorąc pod uwagę twój talent i doświadczenie, masz na koncie relatywnie niewiele ról filmowych i telewizyjnych?
Może po prostu nie miałem szczęścia? Może zabrakło przygotowania i doświadczenia, które zdobywa się z czasem? Praca przed kamerą wymaga bardzo specyficznego języka. W miarę kolejnych spotkań z filmem czy serialem nabrałem ochoty zająć się tym na poważnie. Poczułem prawdziwą przyjemność z pracy na planie. Czasem w życiu aktora zdarza się, że ten przysłowiowy telefon nie dzwoni i propozycje nie przychodzą. Kiedyś często zastanawiałem się, dlaczego tak jest, męczyłem się z bezradności. Teraz poprzestawiały mi się priorytety. Gdy skończyłem czterdzieści lat, przestałem o tym myśleć, mam luz i od razu zaczęło się więcej dziać. Ostatnio zagrałem spore role w dwóch spektaklach Teatru Telewizji i coraz częściej pracuję na planach filmowych, choćby serialu „Na dobre i na złe”.

Gdzie spotkałeś wielu znajomych.
Tak się złożyło, że często jesteśmy łączeni w parę wokalną z Kasią Dąbrowską (gra Wiktorię w „Na dobre i na złe” - przyp. aut.). Ostatnio śpiewaliśmy razem podczas Festiwalu Dwa Teatry. Niedawno pracowałem z Pauliną Gałązką (Dominika z „Na dobre i na złe” - przyp. aut.) nad spektaklem Teatru Telewizji „Aszantka”, w którym występował także Artur Żmijewski, przed laty związany z „Na dobre i na złe” (grał Jakuba Burskiego – przyp. aut.). Z kolei Marian Opania (grał w serialu Tadeusza Zyberta – przyp. aut.) dał się ostatnio namówić do nagrania swojego niezwykłego, charakterystycznego głosu w jednej z piosenek, które znajdą się niebawem na mojej nowej płycie.
    Nić serdecznego porozumienia połączyła mnie z Robertem Koszuckim (serialowy Rafał Konica – przyp. aut.). Występuje w programie „Twoja twarz brzmi znajomo”, w którym brałem udział pięć lat temu. Z wielką niecierpliwością oczekuję następnego spotkania z nim, żeby powymieniać się wspomnieniami i potężnymi emocjami, jakie towarzyszą wykonawcom w tym wyjątkowym show. Wspieram go mocno od pierwszego odcinka i trzymam za niego kciuki. Jakby nie było to dyrektor szpitala w Leśnej Górze (śmiech).

Co twój bohater wniesie do serialu?
Pierwsze spotkanie widzów z Antonim Kosem było, w dosłownym tego słowa znaczeniu, wybuchowe. Akcja serialu przeniosła się na Bliski Wschód, gdzie mój bohater jest lekarzem wojennym. Liczę na to, że niebawem znowu pojawi się w Leśnej Górze, ale nie zdradzę, jakimi szlakami i dlaczego tam w końcu dotrze. To może być naprawdę mocny, i pełen uroku wątek z nieoczekiwaną nutą sensacji, która doda pikanterii „Na dobre i na złe”.

Jakim człowiekiem jest Antoni?
Ma ogromną wiedzę medyczną, jest buntownikiem i idealistą. To człowiek, dla którego ratowanie życia jest wartością bezwzględną i w imię tego przymyka oko na regulacje prawne. To z kolei może narazić go na kłopoty z wymiarem sprawiedliwości. Ze scenariuszy, które otrzymałem, nie wynika jednoznacznie, co przed laty łączyło go z Hanną Sikorką (Marta Żmuda Trzebiatowska – przyp. aut.), ale można przypuszczać, że byli ze sobą blisko i że mój bohater zostawił ją w Polsce, żeby jechać w świat i realizować swoją misję. Nakręciliśmy już sceny, w których Antoni pojawia się w Leśnej Górze. Między nim, Sikorką i Michałem (Mateusz Janicki – przyp. aut.) będzie iskrzyło. Co tu dużo mówić, sam jestem ciekawy, co się wydarzy dalej.

Super postać!
To dość zabawne, bo przed laty marzyłem, by, jeśli nie zostanę aktorem, związać się z medycyną. Widziałem się właśnie jako lekarza bez granic. W moich wyobrażeniach miałem łączyć ratowanie ludzi z pasją do podróżowania. Wyobrażałem sobie siebie jako człowieka z misją, który nie boi się działać w niebezpiecznym anturażu - to wszystko spotyka się w postaci Antoniego. Wykluczyłem jednak tę drogę życiową, ponieważ byłem słaby z biologii i chemii, ale marzenie pozostało.

Nie zostałeś lekarzem, ale realizujesz drugą część tego marzenia - jesteś zapalonym podróżnikiem.
Mam pewien plan. Może kiedyś, jak Marek Kondrat, stwierdzę, że zagrałem to, co miałem zagrać, nauczę się nowego języka i przeniosę do Hiszpanii lub Portugalii? Ostatnio, będąc z żoną w podróży poślubnej w Barcelonie, wynajmowaliśmy skuter albo samochód i zwiedzaliśmy okolice. Każdą noc spędzaliśmy w innej hacjendzie. W górach trafiliśmy do ponoć najstarszego domu w Katalonii, którego historia sięga dziesiątego wieku. Właściciele, starsi państwo, ni w ząb nie mówili po angielsku, a przegadaliśmy całą noc. Zbudowała się we mnie motywacja, by nadal uczyć się języka hiszpańskiego. Moja żona mówi po portugalsku, więc w przyszłości poradzimy sobie na Półwyspie Iberyjskim (śmiech).
    Polecam podróżowanie kamperem. Moi rodzice jeżdżą tak po Europie od lat. Miałem okazję tego zasmakować – w ten sposób zwiedziłem kiedyś Pireneje, Prowansję, Skandynawię, dojechałem na koło podbiegunowe.

Obok aktorstwa i podróżowania, ważne miejsce w twoim życiu zajmuje muzyka.
Muzyka wracała do mnie w różnych okolicznościach. W mojej pierwszej dużej roli w Teatrze Narodowym grałem na skrzypcach („Szkoła żon” Moliera w reżyserii Jana Englerta – przyp. aut.), potem wybrałem się na Przegląd Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu, który okazał się dla mnie bardzo szczęśliwy (Marcin Przybylski otrzymał Grand Prix, Nagrodę Dziennikarzy i Nagrodę Ewy Demarczyk – przyp. aut.). To mnie związało z piosenką. Zaraziłem się formą makabreski i klimatami noir, twórczością Toma Waitsa i Nicka Cave’a.

Kiedy będzie można kupić twoją płytę, o której wspomniałeś w naszej rozmowie?
Wczoraj wyszedłem ze studia, gdzie nagrywaliśmy ostatnie wokale. Teraz muszę uzbierać fundusze, żeby móc wreszcie wydać płytę. W przyszłości planuję stworzyć jej wersję sceniczną.
    Zaprosiłem do współpracy jednego z najlepszych pianistów i aranżerów jazzowych, Krzysztofa Herdzina, który został patronem twórczym i opiekunem stylistycznym mojej płyty.  Pracowałem nad nią również z muzykami, którzy na co dzień towarzyszą Krzysztofowi - Robertem Kubiszynem, Cezarym Konradem czy Wiesławem Wysockim, a także wspaniałymi aktorami – Krystyną Tkacz, Kasią Dąbrowską, Moniką Dryl, Julią Chmielnik, Januszem Gajosem i Marianem Opanią, o którym już wspominałem. Zaprosiłem też, a jakże, moich studentów. Swoimi talentami wnieśli do konceptu bardzo dużo witalności. Ta płyta jest upleciona z tekstów współczesnych poetów, którzy tworzą w stylu noir. Opowiada tajemniczą, kryminalną historię pewnego wampirycznego szansonisty z lat pięćdziesiątych.

Rozmawiał: Kuba Zajkowski

REKLAMA